W dziczy

Gramy w Far Cry 2

Powiedzcie: czy wy również macie wrażenie, że współczesne tytuły tak naprawdę poza oczy-wypalającą grafiką i do-bólu-realistyczną fizyką nie wnoszą niczego świeżego do świata gier komputerowych? Że bardziej liczy się oprawa aniżeli przyjemność i radość płynąca z samej rozgrywki? Przywodząc na myśl takie kultowe pozycje jak Resident Evil 4 czy Return to Castle Wolfenstein łezka w oku niejednego gracza zaczyna się kręcić. Te gry miały duszę, miały urok i siłę przyciągania większą od grawitacji.
Ten rok pełen był rozczarowań. Wszyscy pamiętamy zapowiedzi Assassin’s Creed – gra o tak oryginalnej i chwytliwej tematyce była po prostu nudna. A czym byłby Crysis bez swojej fotorealistycznej grafiki? Zwykłą strzelaniną, bez krzty innowacyjności. Chyba już rozumiecie dlaczego do testu Far Cry 2 podszedłem równie sceptycznie. Dzisiejsze standardy deweloperskie potrafią zepsuć nawet najbardziej miodne tytuły. Wprawdzie liczne trailery i zrzuty ekranu przedstawiały grę w bardzo dobrym świetle, ale powiedzcie – czy mogłoby być inaczej?


Starałem się więc nie popadać w nastrój przedwczesnego zachwytu i jasno postawiłem sobie zasadę „uwierzę, gdy zobaczę”. W zachowaniu obiektywizmu dodatkowo przeszkadzał mi fakt, że pierwsza odsłona tej gry była po prostu niesamowita. Pod każdym względem. Z niemalejącym zapałem powracam do niej po latach. Niemniej jednak po wielu tygodniach czekania w końcu nadszedł dzień premiery sequelu. Płomienne pudełka z grą znalazły się na sklepowych półkach, a jedno z nich wpadło w moje pełne zwątpienia, ale i zaciekawienia ręce. Aby oszczędzić sobie wstydu przed tymi, którzy już grają w Far Cry 2, z wielką radością muszę przyznać, że myliłem się. Przekonajcie się, czego tak naprawdę doświadczyłem.
[Następna: FPS z nieprzeciętną fabułą?]
|